Dom Rekolekcyjny Emaus

Dom Rekolekcyjny "Emaus" przy parafii Podwyższenia Krzyża Świętego, ul. Aliny 5. Spotkania Ogniska w ostatnie soboty miesiąca rozpoczyna Msza św. o g. 18.00.
Duszpasterzem wspólnoty jest ks. Damian Kołodziej. Mapka - dojście do Emaus z Kościoła (aby powiększyć obraz, kliknij zdjęcie).

Stowarzyszenie OPP

program do pit - darmowy

ŚWIADECTWO – MOJA DROGA NAWRACANIA
Gdy poznałam mojego męża byłam wdową z dwójką dzieci. Nie zgadzałam się wewnętrznie ze stanem wdowieństwa, bardzo pragnęłam kochać i być kochaną.

Modliłam się, wołałam, kołatałam, żeby Bóg mnie wysłuchał. No i wysłuchał. Poznaliśmy się z mężem, pokochaliśmy, już wówczas sporo nas dzieliło, ale miłość zwyciężyła i Pan Bóg pobłogosławił nasz związek.
Po dwóch latach urodziła się nam córeczka, ja miałam dwóch synów wówczas już 13 i 14 letnich.
Lata mijały a nas dzieliło coraz więcej, nie potrafiliśmy ze sobą rozmawiać, dzielili nas moi synowie, nie potrafiliśmy porozumieć się w sprawie ich wspólnego wychowywania, dzieliła nas religia, tzn. moja religijność, podzielił nas dom, w którym mieszkamy, a potem i pieniądze, wspólnie prowadzona firma.
Mąż nie radził sobie ze mną – rozczarowałam go, ja nie radziłam sobie z nim – znalazł pocieszenie w alkoholu, dzieci cierpiały, napięcia narastały, stawały się nie do wytrzymania.

Wówczas wołałam do Boga o cud i znowu Bóg mnie wysłuchał. W Pierwszą Komunię Św. naszej córeczki, mąż przestał ze mną rozmawiać, dwa miesiące później się wyprowadził. W tym czasie ja już byłam we wspólnocie Sychar i oboje z mężem podjęliśmy terapię.

Dopiero po latach zobaczyliśmy oboje, że kryzys naszego małżeństwa był dla nas CUDEM.
BÓG KOCHA NAS OBOJE i walczył o każdego z nas osobno, aby nas znowu połączyć, ale już nie tych samych.

Od tamtego momentu, Pierwszej Komunii naszej córki zaczęła się moja przemiana, moje uzdrawianie i moje nawracanie. Trwa to do dzisiaj i trwać będzie aż do śmierci. Nieustanna PASCHA- to odkrycie mojego męża.

Jak Bóg mnie wyprowadził z Egiptu i przeprowadzał przez pustynię?
Mój Pan odzierał mnie pomału z tego co było moją niewolą. Rozpoczęła się moja praca nad sobą, pełna bólu i cierpienia.Tak strasznie krwawiło moje serce. Mąż był taki niedobry, a ja taka biedna, skrzywdzona, po prostu ofiara. Na drodze mojego zdrowienia pomocą mi były: terapia, lektury książek, rekolekcje ignacjańskie i dwanaście kroków ku pełni życia. Jezus pomalutku odsłaniał przede mną prawdę o mnie samej:
1. Ja, ta dobra i wierząca, pragnąca sobą zbawić mojego męża , moje dzieci i cały świat.
Efekt:
Mąż się nawrócił bez mojego udziału,synowie odwrócili się od Pana Boga, świat radzi sobie beze mnie.
Dzieliła nas moja religijność – tak wyraźnie wybrzmiało mi to na jednych z rekolekcji.
Mąż stwierdzał, że on jest uzależniony od alkoholu, a ja od religii. Miał rację, to Pan Bóg był dla mnie – do zaspokajania moich planów i pragnień, a nie ja dla Niego. Wierzyłam w Boga, ale nie wierzyłam Bogu. Czułam się lepsza od innych, bo wierzyłam i praktykowałam. A wierzyłam ze strachu, bo ciągle zasługiwałam na miłość. Nie potrafiłam jej dawać, ani przyjmować, byłam zniewolona samą sobą a Jezus poprowadził nas tak, że paradoksalnie – zaczęliśmy się spotykać u Niego, na modlitwie kontempacyjnej.
2. Bóg pokazał mi, że zrobiłam z męża bóstwo, a ON- Pan Bóg był w moim życiu dopiero po małżeństwie i rodzinie.
3. Następnie Jezus, z ogromną miłością dał mi zobaczyć mnie jako reżysera, który nieustannie układa nowe scenariusze na wszystko i dla wszystkich i nawet On BÓG ma się im podporządkowywać.
Ta prawda bolała i to bardzo, ale Jezus przywracał mi wolność, ratował mi życie. Dzieliłam się z mężem tą prawdą i coraz bardziej dostrzegałam, jak bardzo ja również krzywdziłam jego. Zaczęłam coraz bardziej ufać Bogu.
ON prowadził już nas razem, mnie i męża. Spotykaliśmy się na modlitwie, wyjeżdżaliśmy na sesje, rekolekcje, pielgrzymki, wspólne wakacje szlakami Maryi. Tak, Maryja była z nami zawsze i wyprosiła nam te łaski, których potrzebowaliśmy. Byliśmy razem w Lourdes, Ostrej Bramie, Medjugorie. Coraz bliżej Boga, coraz bliżej siebie.
A MOŻE JEDNAK RAZEM? ALE JAK?
Myślę, że wiecie jak trudno jest zawierzyć ponownie komuś, kto zawiódł nasze zaufanie, poranił nas, zostawił, odszedł, itd… dużo tego bólu.
Jezus jest niesamowity, już wcześniej zaczął mnie przygotowywać do tego trudnego kroku. Najpierw rozpoczął we mnie pracę nad moim zaufaniem JEMU. Na krokach i na rekolekcjach ignacjańskich uświadamiał mi, że mam wierzyć nie w Niego, ale JEMU. Więc próbowałam i ciągle się tego uczę.
Gdy przyszedł moment decyzji o naszym powrocie do siebie, trzeba było zaufać. Muszę się przyznać, że najpierw zaufałam Jezusowi, a ON powoli przywracał we mnie zaufanie do mojego męża. Jesteśmy już ponad dwa lata ponownie ze sobą i budujemy naszą miłość dzień po dniu z Jezusem, ucząc się ufać Jemu, prosząc, aby to On kochał w nas, trwając przy nim na modlitwie, oddając mu siebie, nasze dzieci, naszą rodzinę.
Nie jest łatwo, bo nikt nie mówił, że będzie łatwo, ale Bóg wszechmogący jest z nami, jest w nas, jest na pierwszym miejscu.
Często stare rzeczy w nas wracają, ale my już jesteśmy inni i potrafimy je rozpoznać, powierzyć Jezusowi, a wówczas On przychodzi i pomaga zostawiać to co stare w nas i „wypływać na głębię” ZAUFANIA.

Może jeszcze jedna, bardzo istotna rzecz.
Tuż przed naszym ślubem, modlił się nade mną kapłan i otrzymałam słowa, który wryły mi się w pamięć i które umacniały moją wiarę, napełniały nadzieją i pozwalały zaufać, że Bóg wysłucha mojej modlitwy o uratowanie naszego małżeństwa. Były to słowa, które Jezus mówił do Marty i Marii, gdy Łazarz już umarł: „Ta choroba nie prowadzi do śmierci, ale do objawienia się chwały Bożej”
Muszę przyznać, że dobrych parę lat odnosiłam te słowa wyłącznie do mojego męża, bo przecież to on był chory, pił, nie wierzył w Boga tak jak ja. Potem zaczęłam je odnosić do naszego małżeństwa, aż w końcu przyszedł taki czas, że zrozumiałam, że ta choroba, jest chorobą mojego serca, mojej duszy, że to mi potrzebne jest uzdrowienie, że nie wolno mi nikogo zmieniać, ani nawracać, że mam zmieniać tylko i wyłącznie siebie. Z pomocą Bożą robiłam to, a Jezus mnie prowadził i z miłością oraz ogromną delikatnością odsłaniał przede mną prawdę o mnie samej.

Chcę powiedzieć, że droga przemiany jest ogromnie trudną drogą, ale i szalenie fascynującą.
To niesamowicie ciekawa podróż!!! Trwa ona cały czas. Gdy patrzę w lustro, mówię sobie: „Patrzysz w oczy osobie, od której zależy Twoje szczęście” To ja dokonuję wyborów, którą ścieżką pójdę i kogo wezmę sobie za przewodnika. Ufam Tobie Jezu. Dziękuję Maryjo. Chwała Panu!!!!
Niech Bóg będzie uwielbiony!!!!!!
Zapraszam do tej wędrówki, naprawdę warto.
Katarzyna.

Możliwość komentowania jest wyłączona.

Kronika